Od jakiegoś czasu mam wrażenie, że żyje w jakieś innej rzeczywistości.

Albo że ze mną jest już coś bardzo nie tak. Stanowczo za dużo analizuje, za bardzo się staram. A może właśnie za mało… No właśnie – jak właściwie.
Chłopak musi czuć silną rękę, musi wiedzieć kto tu rządzi – muszę być matką i ojcem jednocześnie…
On dużo w życiu przeszedł, ma wiele traum i lęków…. – trzeba ostrożnie – żeby w przyszłości nie musiał leczyć nerwic i depresji.
Przecież to taki inteligentny chłopak – z każdym porozmawia, nie boi się ludzi, powie dzień dobry, w drzwiach przepuści.
W domu wiecznie mu się nie nic chce, drażni siostrę, zmyśla, nie chce się uczyć, kombinuje, cwaniakuje, nic tylko telefon, you tube i głupie filmy dla młodzieży (o jaaaakie strasznie głupie te bajki). Hasło – poucz się – działa jak płachta na byka – zaczyna się sajgon.

Proces nauki wygląda mniej więcej tak:

Ja – uczyć się proszę iść bo w poniedziałek sprawdzian z całego działu!!
….tu przez bliżej nieokreślony czas trwa wykłócanie się, że nie dziś, że już umie, że jutro się nauczy, że to do niczego mu niepotrzebne…itd
…następnie następuje szukanie – książki, zeszytu, ćwiczeń, informacji z czego właściwie ten sprawdzian – już zaczynam się gotować głośno i wyraźnie. Im głośniej się gotuje tym szybciej wszystko się znajduje.
…kolejnym etapem jest ślęczenie z książką przed nosem i gapienie się w sufit, ewentualnie w książkę przez jakieś – 10 minut (jeżeli sprawdzian jest całego działu)
Dziobak – już umiem!
M – jak umiesz – nawet nie przeczytałeś!?
D – umiem!
…pierwsze pytanie
D – nie wiem
….drugie pytanie
D – tego nie było!
…trzecie pytanie
D – dobra daj mi tą książkę!!!
…foch, trzaskanie drzwiami, mruczenie pod nosem i kolejne 10 minut w pokoju..
I tak kilka razy, ciśnienie rośnie, atmosfera gęstnieje, Smerfetka zaczyna odpowiadać na pytania za Dziobaka, młody się wyprowadza, ja się wyprowadzam, fruwają książki i zeszyty, czas mija.

Dwie melisy później…

… proces uczenia wygląda tak, że ja mu każdy rozdział czytamy, opowiadamy – kujemy na blachę daty lub nazwiska. I Dziobak coś umie, pamięta, łączy fakty – nawet ja pamiętam, Smerfetka obudzona w nocy wydeklamuje przyczyny, skutki i datę zjazdu gnieźnieńskiego.
Cały dzień jest podporządkowany nauce młodego, cały weekend czasami – i cała rodzina. A to jest 4 klasa. On sam nie usiądzie i nie przeczyta. Pomimo swojego wysokiego ilorazu inteligencji ma średnią ocen 3,8. Nie potrafi sam się uczyć, ma zero motywacji i chęci.

A ja nie wiem gdzie jest błąd.

Czy mam go zostawić i niech poniesie konsekwencje swojego olewactwa? Czy siedzieć i się uczyć, zatruwając wszystkim weekendy i popołudnia byle miał dobre oceny?
Czy to mi ma zależeć?
Czy mam cisnąć, bo rozpuszczony i leniwy, czy odpuścić bo wrażliwy i nie powinien spełniać moich oczekiwań tylko własne marzenia?
Nie wiem. Uwierzcie mi, że ja – pedagog terapeuta z doświadczeniem – nie mam pojęcia co robić. Żeby był szczęśliwy, żeby nie powiedział mi kiedyś „przecież mi nie kazałaś”.

Jestem pewna, że w życiu sobie poradzi. I to tak że nie będzie musiał się narobić.  Jest cwany i inteligentny. W pojedynku na sarkazm już mi dawno dorównał – nie wiem czy być dumną czy przerażoną. Czy ruszy z nauką = nie wiem. W zasadzie czego się czepiam – średnia 3,8 przy nic nie robieniu przez cały semestr – nie jest źle. Tylko,że ja wiem, że mogłoby być lepiej – bo stać go na to.

A jak jest u was? Co się sprawdza? Co działa? Pomocy 🙂 Bo ktoś na pewno oszaleje 😀

ręka w rękę - byle razem
ręka w rękę – byle razem
pogadanka
Mama z synem