Siłownia – najgorszy koszmar kanapowca.

Jestem kanapowcem. Zwolnienia z W-F miałam od wczesnej podstawówki. Nienawidzę gier zespołowych, każdej sportowej rywalizacji. Zawsze byłam ostatnia na zawodach, nikt nie chciał mnie wziąść do swojej drużyny. Do tego wszystkiego całe góry kompleksów i kompletny brak poczucia własnej wartości.

X-box kinekt, w pewnym momencie naszego rodzinnego życia, stał się substytutem aktywności fizycznej. Zumba, joga, fitness tylko we własnym domu, często tylko wtedy gdy byłam w nim sama. Żeby nikt nie widział, że nie daje rady, że to mnie przerasta. W końcu przed dziećmi też wstyd. One nie mogą widzieć, że mama jest słaba, że nie daje rady.

Samo słowo – siłownia – było dla mnie kompletnie kosmiczne. „Chodź na siłownie” – to jak przekleństwo rzucone w moją stronę. Koleżanka mówiła, że dam radę, że trener pokaże mi jak mam ćwiczyć. Dla mnie to kompletna abstrakcja. Ja w życiu nie podejdę do żadnego trenera. Przecież trenerów mają wysportowani mężczyźni i fit – dziewczyny. Co taki trener sobie pomyśli na mój widok? Popuka się w czoło i każe najpierw schudnąć i coś ze sobą zrobić.

Zanim zacznę ćwiczyć muszę schudnąć!

No bo jak inaczej pokażę się na zajęciach fitness czy na siłowni? Będą się na mnie patrzeć jak na kosmitę. Muszę przecież wyglądać tam jakoś. Jak będę się czuć? Znowu jak dziwadło, nie będę tam pasować. Nie mam super modnych ciuchów do treningów. Nie ma takich w moim rozmiarze. Pójdę w leginsach i wyciągniętej bluzce? Dramat – będą patrzeć, będą się śmiać.  Tam chodzą młodzi, piękni i sprawni. W pięknych, firmowych. kolorowych ciuchach i butach, na które mnie nie stać. Gdzie mi tam się pchać. Po co? Pogłębię tylko kompleksy. Ucieknę z płaczem i schowam się na kanapie znowu.

Na siłowni
Na siłowni

Po co tam jednak poszłam?

Wiecie już że tańczę. O tym ltutaj No dobra usiłuję tańczyć. Głównie tańczę hip-hop. Do tego potrzeba kondycji, zwinności i szybkości. Tego mi brakuje, to budzi we mnie frustracje. Wkurza mnie własna niemoc, brak mięśni i zadyszka przy rozgrzewce.  Pomyślałam – może pójdę, zobaczę. Mam kartę do wykorzystania – 8 wejść na miesiąc. Trzeba wykorzystać. Dziobak też chciałby pójść. To go kręci. Chce zobaczyć.

Ale żeby pójść z nim, muszę najpierw pójść sama. Zobaczyć, zbadać teren, dowiedzieć się co i jak. Czy go wpuszczą? Zapytać, porozmawiać. Nie uciec, nie wystraszyć się  – lepiej samej najpierw. Przy młodym muszę być spokojna i pewna.

Mój pierwszy raz – był strach, pot i ….. trener.

Zdecydowałam, że pójdę. Wybór siłowni był dosyć prosty – kolo domu są dwie. Jedna na obiekcie sportowym – mała, kameralna – druga – w galerii handlowej – duża, droga i dosyć ekskluzywna. Wybrałam tą kameralną. Bliżej domu, bez spiny, mogę wyjść w dresie i w nim wrócić. Wychodząc mam mniejszą możliwość spotkania znajomych – więc mogę spokojnie pójść do domu i doprowadzić się do stanu używalności ( wziąść prysznic, zrobić makijaż, ubrać w mniej sportowy strój). Tym bardziej, że wracam przez obiekty sportowe a nie galerię handlową. Nie mam innego porównania, nie znam się na rodzajach sprzętów, na jakości maszyn.

Naczytałam się artykułów o tym co się robi na siłowni, czego się na niej absolutnie nie robi. Co trzeba mieć, jak się ubrać, co pić, jak ćwiczyć. Bałam się jeszcze bardziej – ja tam nie pasuje!

Weszłam – wczesnym rankiem – bo podobno wtedy jest mniej ludzi. Tam – na recepcji facet, kilka osób ćwiczących – w większości faceci. Odruch ucieczki uruchomił mi się natychmiast. W głowie jedna myśl CO JA TU ROBIĘ??? UCIEKAJ! Miałam już wyjść, ale nagle mnie olśniło: „stój! spróbuj! powiedziałaś dzieciom że idziesz – musisz iść!”.

Wiecie co? Nie bolało! No może na drugi dzień trochę.

Jak było? Nie! Jak jest!

Jest dobrze…

Mój pierwszy tydzień na siłowni – kilka przemyśleń.

– faceci na mojej siłowni są tak skupieni na ciężarach,seriach i powtórzeniach, że rzadko zwracają uwagę na cokolwiek innego (nie mówię, że nigdy 🙂 ale są pewne priorytety! )

– tam nie chodzą tylko piękni i młodzi – spotkałam tam osoby w każdym wieku, chodzą tam ćwiczyć wyczynowo, ale też w ramach rehabilitacji,

– trenerzy nie gryzą! Pomagają poprawnie wykonać ćwiczenia i zawsze lepiej zapytać co i jak niż samemu zrobić sobie krzywdę.

– ćwiczyć trzeba patrząc tylko na siebie, nie ma potrzeby rozglądać się i stresować, że inni dźwigają więcej, biegają szybciej, nie mają zadyszki,

– normalni ludzie nie chodzą dla lansu – przynajmniej nie tam gdzie chodzę ja. Wchodzą, ćwiczą i wychodzą. Robią swoje.

– najtrudniej jest się przełamać i wejść –  potem jest już tylko lepiej.

Kiedyś opowiem pewnie, czy moja przygoda z siłownią trwa nadal, czy się rozwinęła. Dzięki temu, że napisałam Wam o tym pewnie będzie mi trudniej zrezygnować 🙂  Dowiecie się też jak na siłowni ćwiczy Dziobak i czy tak młodzi ludzie powinni stosować tego rodzaju trening.

Trzymajcie kciuki! I nie bójcie się zacząć. To naprawdę nie boli.

na siłowni
na siłowni