Kto jest bez winy….

Wyobraź sobie, że jesteś mamą trójki dzieci. Najmłodszy czteroletni chłopczyk, z jakiś powodów nadal moczy się w nocy i za nic nie może zaaklimatyzować się w przedszkolu, bo ma problemy emocjonalne. Starsza, siedmioletnia córeczka zaczęła właśnie szkołę i ma typowe dla wieku problemy, ale podejrzewasz też u niej dysleksje i wadę wzroku. Czternastolatka często wagaruje bo postanowiła rzucić szkołę, uważa że nauczyciele się na nią uwzięli. Nie możecie się dogadać.

Pracujesz na dwa etaty, rzadko sypiasz. Bo infekcje, kłótnie, telefony ze szkół i przedszkola, terminy u specjalistów. Usiłujesz upchać to wszystko w kalendarzu i rozciągnąć dobę do granic możliwości. Jesteś zmęczona, sfrustrowana, masz czasami ochotę siąść i płakać albo uciec daleko. Podnosisz czasem głos, odpuszczasz drobne sprawy jednemu dziecku, żeby mieć chwilę dla drugiego. Starasz się mieć dla wszystkich dużo czasu a ciągle jest coś do zrobienia.

Nie jest lekko – będzie gorzej!

A teraz pomyśl, że dzieci jest czternaścioro. Każde w innym wieku. Niestety nie znasz ich przeszłości.Nie wiesz na co chorowały, co widziały i jakie mają problemy. Musisz jednak robić wszystko to, co powinna zrobić mama. Dbać o każdy aspekt ich życia. By miały jedzenie dopasowane do ich potrzeb, nietolerancji pokarmowych, alergii. Żeby były odpowiednio ubrane, miały wszystko co potrzebne do szkoły i chodziły do niej regularnie. Nadrabiasz lata zaniedbań zdrowotnych i wychowawczych. Umawiasz wizyty do lekarzy, psychologów, psychiatrów. Starasz się zobaczyć to, czego nikt ci nie powiedział i nie powie. Czego potrzebują, jakie mają traumy, czego się boja.

Dzieci nie ułatwiają zadania. Większość czasu traktują cię jak wroga, nie ufają ci i boją się otworzyć. Są zbuntowane, nie mają zaspokojonych podstawowych potrzeb co sprawia, że walczą z tobą i całym światem. Są agresywne od najmłodszych lat, testują twoją cierpliwość i granice które im stawiasz. Mają skłonności do autodestrukcji. Nie wiedzą co to znaczy normalny dom, nigdy nie czują się bezpieczne. Twoje zasady i wymagania odbierają jako atak, więc odpowiadają na nie agresją. Nie zawsze jesteś w stanie się obronić.

Wiesz już kim jesteś? Ciocią w Domu Dziecka. Wychowawcą.

Pomimo to, zawsze pamiętasz, że to nie ich wina. Tłumaczysz je przed paniami w szkole, sądem, kuratorami, policją. Sobie też tłumaczysz, czasem przez łzy rozgoryczenia i bezsilności. Musisz podejmować trudne decyzje i odczuwasz skutki każdej z nich. Jesteś przy nich gdy są chore, mają złamane serce czy wracają po miesięcznych ucieczkach brudne, głodne i całym plecakiem nowych, nieciekawych doświadczeń.

Musisz jednocześnie pomóc odrabiać lekcje, wycierać zasmarkane nosy, przygotowywać posiłki, dopilnować porządku w salach i szafach, organizować czas wolny. W nocy pierzesz i prasujesz całe kosze ubrań. Spędzasz z nimi święta, sylwestry, wakacje.

Być jak rodzic na dwa etaty.

W twoim domu czeka na ciebie trójka własnych dzieci, które czasami nie wiedzą czy jesteś tylko ich mamą czy też tej czternastki, której poświęcasz ogrom swojego czasu.

Bo Dom Dziecka to nie jest tylko miejsce pracy. To jest całe życie. Nie pracujesz tam 40 godzin tygodniowo. Pozostałą część tygodnia jesteś w pełnej gotowości bojowej. Kilkoro z tej 14 jest przypisanych do ciebie i musisz być w pobliżu zawsze gdy jest taka potrzeba. Kupować ubrania, reprezentować w sądzie, załatwiać wizyty u wszystkich niezbędnych specjalistów, chodzić na wywiadówki. Nikt nie pyta, czy jesteś wtedy na dyżurze.

Nikt też nie pyta, kiedy masz czas dla rodziny, ile musisz poświęcić, czy jeden wolny weekend w miesiącu pozwala Ci nadrobić obowiązki domowe. Nikt też nie płaci ci na tyle, żebyś mogła zatrudnić nianie, wyjechać na wakacje czy chociażby spokojnie popłacić rachunki i przeżyć do pierwszego.

Ale oceniają wszyscy. Zazwyczaj negatywnie. Bo Dom Dziecka to zło. Patologia. Wychowawcy się znęcają nad tymi biednymi dziećmi. Chcą się ich pozbyć. Wykorzystują.

Oceniają nauczyciele, którzy nie radzą sobie z dziećmi z bidula w swoich klasach. Oceniają pracownicy socjalni z MOPS. Oceniają panie w przychodniach – bo dziecko przychodzi z poważną chorobą za późno zauważoną. Zauważoną przez wychowawcę, bo rodzina nie zauważyła do kiedy dziecko było w domu. Oceniają ludzie, którzy nigdy w takim miejscu nie byli. Dziennikarze, wolontariusze widzący to, co chcą widzieć, osoby postronne.

Tak czasem jest zanim trafią do bidula.
Tak czasem jest zanim trafią do bidula.

Pomyśl zanim ocenisz.

Każdy ma swój pogląd na to czym jest Dom Dziecka i kto tam pracuje. Niewielu było i widziało. Tylko pracownicy wiedzą jak jest.

Ja tam pracowałam 10 lat. Trudnych lat. Musiałam nauczyć się mnóstwa rzeczy, których nikt nie uczy na studiach. Wylałam wiele łez, nie przespałam wielu nocy. Tłumaczyłam się setki razy obcym ludziom, widziałam mnóstwo nieszczęścia. Mimo to odejście podyktowane koniecznością, wiele mnie kosztowało. To tak jakby porzucać rodzinę. Tęsknie do dziś chociaż staram się z daleka obserwować jak radzą sobie „moje” dzieci. Z wielu jestem dziś bardzo dumna. Udało się im przerwać spiralę patologi i założyć pełne rodziny, skończyć szkoły, zarabiać na swoje utrzymanie.

Pozdrawiam Was kochani bo wiem, że tu zaglądacie 🙂

Mocne uściski dla wychowawców, którzy zostali na posterunku. Robicie dobrą robotę, niezależnie od tego, co kto mówi.

To nie jest koniec tematu bidula w moim zwierciadle. Świat powinien wiedzieć, jak wygląda prawda.

Zanim oczernisz kogoś, kto pracuje w takim miejscu – zastanów się jakie trzeba mieć jaja, żeby poświęcić się dla obcych dzieci.

Było już u mnie trochę na ten temat:

O tym dlaczego praca w Domu Dziecka nie jest pracą Twoich marzeń!

Taki całkiem inny ten grudzień

dom dziecka to czasem jedyna szansa
dom dziecka to czasem jedyna szansa