Jestem nauczycielem 4,5 roku, chociaż pedagogiem od 15 lat.

Od dwóch mam totalnie dosyć tej pracy. Chociaż nie pracuje w szkole, nie przygotowuje lekcji dla pierwszaków po nocach, nie drukuje miliona pomocy dydaktycznych i nie sprawdzam klasówek.

I tak uważam, że nie warto.

Nie warto uczyć się bez przerwy.

Magister to za mało, nauczyciel musi zrobić co dwa lata nowe podyplomowki, w międzyczasie kursy, certyfikaty, warsztaty i szkolenia. Zanim znajdziesz pracę szkolisz się za własne pieniądze. Gdy już pracujesz – też. Pracodawca dołoży tyle ile organ prowadzący pozwoli. Oczywiście nie uczysz się tego co byś chciał – tylko to na co akurat jest zapotrzebowanie – żeby godzin do etatu nie brakło.

Nie warto pracować za grosze.

Z 15 – letnim stażem pracy, z wyższym wykształceniem (3 kierunki), jako nauczyciel kontraktowy – po cudownej podwyżce pani minister – zarabiam od miesiąca 2000 na rękę. Wcześniej nie miałam nawet tyle. Nie warto!

Nie warto cudzych dzieci uczyć (ani wychowywać).

Może kiedyś nauczyciel był kimś, miał misję, miał wpływ na młodych ludzi. Teraz może w przedszkolu cz pierwszych klasach szkoły podstawowej. Chociaż wtedy też rodzice potrafią tak bardzo podważyć autorytet wychowawcy, że nic nie jest w stanie zrobić. Bo przecież dziecko w szkole nie może się zmęczyć, spocić, doznać porażki, odpowiadać za swoje zachowanie. Musi za to odnosić sukcesy, umieć, wiedzieć i potrafić. Bo jak nie to nauczyciel jest winny.

Nie warto spełniać coraz wyższych wymagań kuratorium, ministerstwa, organu prowadzącego.

Gdzieś w tym wszystkim coraz mniej ważny jest uczeń. Ważny jest sukces, wygrana, chociaż udział w olimpiadzie, projekcie, konkursie. Najlepiej na szczeblu ogólnopolskim. I papier. Projekt, innowacja, plan, ewaluacja, dyplom, certyfikat, zaświadczenie. Nauczyciel potrzebuje tego wszystkiego do kolejnych stopni awansu. Dyrektor placówki musi wykazać się przed organem prowadzącym , kuratorium, ministerstwem i nie wiem właściwie kim jeszcze.

Dzieci nie chcą brać udziału, nie mają predyspozycji ani zainteresowań akurat w tym kierunku – nie szkodzi! Trzeba wywrzeć odpowiednią presję, obiecać coś, fikać koziołki i zrobić wszystko żeby w rocznym sprawozdaniu było się czym wykazać.

Gdzie w tym wszystkim jest dziecko słabsze, potrzebujące wsparcia?

Tam sukcesy są dla organu prowadzącego słabo zauważalne. Nikt nie da nam zaświadczenia, że uczeń pokonał własny strach i przed klasą opowiedział o swoim zwierzątku. Nie dostaniemy certyfikatu za to, że dwie linijki przepisywanego przez dziecko tekstu były czytelne i nie zawierały błędu ortograficznego. A to nad tym często pracujemy miesiącami, to spędza nam sen z powiek, to po to szkolimy się by znać różne metody pracy z dzieckiem z trudnościami w nauce, wycofanym, ze spektrum autyzmu.

Pomimo reform, wielkich słów, obietnic, zapewnień że w szkole najważniejsze jest dziecko, to wszystko to fikcja. Choćby nauczyciel miał najlepsze chęci, najbardziej profesjonale wykształcenie, cudowne podejście do każdego ucznia, był fachowcem w swojej dziedzinie – spali się na starcie. Tony papierów, wymagań, czas poświęcony na przygotowania do zajęć, konferencje, szkolenia studia podyplomowe i 1800 zł wypłaty przez pierwsze dwa lata. Przez następne 6 lat 2000zł miesięcznie. Pod warunkiem, że w międzyczasie nie zajdziesz w ciąże – wtedy każde dziecko wydłuży czas awansu o kolejne lata.

Nigdy w szkole nie pracowałam. Praca w internacie, przedszkolu czy domu dziecka wygląda trochę inaczej. Ale to też miejsca, w których najważniejszy powinien być wychowanek, uczeń – dziecko. Niestety i tu rządzą potrzeby zwierzchników. Nauczyciel musi skupiać się bardziej na wymaganiach przełożonych niż na dzieciach, wychowankach.

Wiecie co boli najbardziej?

Że robisz wiele dla „cudzych” dzieci i traktujesz je z czasem jak swoje, Niestety w tym czasie Twoje prywatne wychowują babcie, opiekunki i przedszkole. Nie stać cię na zajęcia dodatkowe dla nich, na własne mieszkanie, nawet na kredyt.

Twoi uczniowie i ich rodzice patrzą na Ciebie z politowaniem. Nie jesteś wzorem do naśladowania. Po co się uczyć, przecież wykształcona pani Ewa, Zosia czy Krysia mieszka w maleńkim mieszkaniu i jeździ PKSem. Lepiej „radzić sobie w życiu” inaczej. Skuteczniej. Myć gary za granicą czy być managerem w McDnaldzie i dorobić się domu, własnej firmy czy super auta.

Do tego doprowadziły kolejne reformy. Politycy każą nam rodzić dzieci dla 500+ czy wychodzić bogato za mąż. Mają nas za nic. Nam nie wolno strajkować bo co będzie z uczniami. Co wtedy?

Oni sobie poradzą! Naprawdę! Za kilka lat będą zarabiać lepiej od nas. A my pozostaniemy nadal w punkcie wyjścia. Chyba, że pójdziemy do tej Biedronki na magazyn. Przynajmniej nie będziemy odpowiadać za ludzkie życie, nikt nie każe nam się dokształcać, może dostaniemy kredyt na mieszkanie.

Jako rodzic i nauczyciel popieram strajk środowisk oświatowych. Oby tylko nauczyciele potrafili stanąć razem i wytrwać nagonkę ministerstwa, rodziców, mediów. Nie poddajmy się zbyt wcześnie.

nauczyciel szkoła