Bycie mamą i nauczycielką jednocześnie bardzo utrudnia życie. Nie tylko samej mamie, ale również wszystkim nauczycielom jej dzieci, a co najgorsze samym dzieciom.

Jeżeli potomstwo pani nauczycielki plasuje się powyżej średniej klasowej, nie wagaruje, odrabia zadania i przynosi zadane owoce na sałatkę owocową – jest spora szansa, że okres szkolny wszyscy przetrwają w miarę bez większych zakłóceń.

Problem zaczyna się, w przypadku kiedy zaczyna się problem.

A matka – nauczycielka problemy wyczuwa jeszcze zanim się pojawią, ma rękę na pulsie i czasem, no dobra dosyć często, szuka dziury w całym. Gdy już coś znajdzie – nie ma przebacz. Zaczynają się:

  • wizyty w szkole,
  • wizyty u pedagoga, psychologa i innych specjalistów – w zależności od problemu.
  • wychowawczyni jest bombardowana coraz to nowymi diagnozami,
  • każdy wybryk, jedynkę czy brak zadania – są omawiane bardzo szczegółowo, często tłumaczone zaświadczeniami od wyżej wymienionych specjalistów,
  • nauczyciele są przepytywani z dostosowania programów i metod nauczania, dyrektor z programu  pomocy psychologiczno – pedagogicznej itd

Wszystkie te aspekty są pozytywne i potrzebne – jest dobra współpraca na linii rodzic – szkoła – dziecko jest zaopiekowane. Jednak łatwe to nie jest.

Jak to widzi nauczyciel dziecka:

  • taki rodzic będzie współpracował – chyba, że ma zupełnie inny pogląd na problem
  • jeżeli ma inny pogląd – trudno będzie go zmienić
  • rodzic jest świadomy mechanizmów rządzących w szkolnictwie i wykorzysta swoją wiedzę by chronić dziecko – często nie dopuszczając do siebie myśli, że może się mylić lub że problem leży zupełnie gdzieś indziej
  • dużo wymaga,

Jak sytuacja wygląda z punktu widzenia matki – nauczycielki:

  • czuje się pod silną presją by jej dzieci były dobrymi uczniami i nie sprawiały trudności wychowawczych
  • od początku swojego macierzyństwa, całą wiedzę o rozwoju i psychice dziecka usiłuje wykorzystać na maxa w praktyce – czując przy tym często silną frustrację, jeżeli teoria nie do końca idzie w parze z praktyką
  • problem dziecka staje się jej porażką, znosi to dużo gorzej niż inni rodzice
  • stara się zrobić wszystko by pomóc, często robiąc wszystko naraz
  • wie co oznaczają wszystkie fachowe słowa w opiniach, orzeczeniach i innych dokumentach dotyczących dziecka i potrafi je godzinami analizować
  • rozmawiając z nauczycielem dziecka lub dyrektorem szkoły doskonale wiec co oznacza ich ton, wie kiedy chcą ją wyciszyć, a kiedy po prostu spławić

 

Jak w tym wszystkim funkcjonuje dziecko?

Zazwyczaj fatalnie. Z jednej strony czuje ciągła presję by być dobrym uczniem. Bo nie łudźmy się – każdy pedagog wie, że nie należy wywierać presji na dzieci, ale nie zawsze to da się kontrolować. Z drugiej strony wie, że kiedy coś się wydarzy w szkole – mama będzie wiedziała jak rozmawiać z nauczycielami.

Zresztą pomyślcie sami – cały czas przebywać w towarzystwie nauczyciela – przerażające!! 🙂

Nie twierdzę, że tak jest zawsze, że taka jest każda mama – nauczycielka. Wiem, że tak bywa – bo sama jestem nauczycielem. I mam dziecko, które musi się zmagać z moim „pedagogicznym podejściem” do jego problemów różnych. Wiem też jaka jest różnica we współpracy z rodzicem – pedagogiem.

Bo nie jest łatwo być po dwóch stronach barykady jednocześnie. Jak zdjąć z siebie i swoich dzieci tą presję i nie angażować się za bardzo? Ja mam silne postanowienie nie uczestniczenia w samorządach rodzicielskich, nie angażuje się w wycieczki i wyjścia szkolne. Wiem, że Dziobaki zupełnie inaczej funkcjonują beze mnie w pobliżu – a ja nie nakręcam się i pilnuje swojego miejsca w ich szkole. Tam powinnam być tylko rodzicem.

Zgadzacie się z tym? Jakie są Wasze doświadczenia?

school-2276269_1920