Nie jestem blogerem, influancerem czy innym copywritterem.

Miałam jakiś czas takie aspiracje. Chciałam zaistnieć na trudnym rynku znanych i czytanych blogów. To wydaje się takie proste. Wystarczy umieć pisać, Robić niezłe zdjęcia. Promować się w mediach społecznościowych. Uczyłam się tego wirtualnego świata, ogarnęłam podstawy SEO, promocji, fanpejdża, instagrama. I co? Wejścia na bloga są tylko gdy jest nowy wpis, zasięgi śmieszne z punktu widzenia blogera. Bo to jest zupełnie inny punkt widzenia. Tu się liczą cyferki – unikalni użytkownicy, licznik odwiedzin, ilość komentarzy, polubień na FB i followersów na instagramie. Istotne jest w jakim czasie osiągnąłeś pierwszy tysiąc fanów, jaki jest współczynnik odrzuceń. Bo to interesuje firmy, które chciałyby nawiązać z Tobą współpracę – a więc potencjalnych klientów.

Tak chciałabym zarabiać na pisaniu.

Bo to jest to co lubię robić, to sprawia mi przyjemność. Tylko, że to nie wystarczy. Nie w tych czas kiedy rynek jest przesiąknięty ludźmi, którzy potrafią pisać. Możliwości są ogromne, ale też trzeba być przebojowym, sprytnym i trochę chociaż umieć rozpychać się łokciami. A ja nie potrafię, nie radzę sobie z krytyką, boje się podejmować wyzwania, zawsze mi się wydaje, że nie dam sobie rady. I dlatego jest jak jest. Czytacie mnie WY i bardzo cieszę się z obecności każdego z Was.

Czasem wystarczy jeden tekst i blog wyskakuje w kosmos.

Wystarczy trafić w temat, zostać zauważonym przez kogoś sławnego, lub z dużą ilością fanów, zostać udostępnionym wiele razy. Niestety to zdarza się rzadko. I jest liczeniem na cud. Bo moje wpisy są bardzo osobiste, bardziej pamiętnikowe, czasami tylko w typie felietonu, Ja piszę emocjami, nie lubię sprawdzać tego co napisałam. Bo jak tekst powstanie to natychmiast chcę go opublikować. Już i tak sprawdzam pod kątem SEO, więc muszę czasem wrócić, coś poprawić. I nie zawsze zastanawiam się jaki może być odbiór tego co napisałam.

Zderzenie z twardą rzeczywistością

Dwa razy w życiu poddałam swój tekst ocenie innych blogerów. I dwa razy dostałam mocno po dupie. Pierwszy raz był dawno temu, wtedy głównymi zarzutami były te dotyczące grafiki i kolorystyki strony, Wczoraj poddałam jeden z ostatnich wpisów pod ocenę bardzo kreatywnej i zajmującej się pisaniem, również zarobkowo, grupy. I tym razem zabolało bardzo. Fakt, że trafiło na słabszą mnie. Kompletnie nie byłam odporna na niektóre komentarze. Dostało mi się głównie za treść wpisu. Poprosiłam admina grupy o usunięcie wpisu bo czułam, że na tą chwilę nie uniosę więcej. I cały ten czas myślałam jaką to dla mnie miało być lekcją. Może jednak dać spokój . Odpuścić – jak zawsze uciec.  Postanowiłam dziś to przelać tutaj – w końcu jedyną skuteczną funkcją tego miejsca jest rodzaj terapii. Pomaga spojrzeć na życie z dystansu. Jak wygadanie się przyjaciółce.

Jestem dumna z tego miejsca.

Dużo się nauczyłam, przez te 2,5 roku pisania. Nie osiągnęłam nawet 500 polubień, ani unikalnych użytkowników ale mam swoje miejsce, kilku swoich czytelników i stronę, którą w dużej mierze sama stworzyłam. Co zrobić dalej, czy robić cokolwiek? Pewnie będę tu z Wami aż się Wam nie znudzi. Może kiedyś Dziobaki poczytają i mnie zabiją za te wszystkie teksty.

Jak myślicie – czy bycie sławnym blogerem mi grozi? hihihi chyba nie 🙂

blogerka
blogerka