Początek

Ona. Dziewczyna z sąsiedztwa. Zakompleksiona, przed trzydziestką, po rozwodzie. Z małym dzieckiem, półtora rocznym chłopcem który był sensem jej istnienia.
On. Zakompleksiony, przed trzydziestką. Od wielu lat samotny. Tęskniacy za  prawdziwą miłością romantyk. Zakochany w pracy nauczyciel. Pragnący ucieczki do wielkiego miasta.
Cała jego rodzina uważała że zostanie starym kawalerem. Jak większość z nich. A on tylko chciał kochać i być kochanym.
Poznali się na portalu randkowym. Długo ze sobą pisali. Kontaktowali się praktycznie codziennie. Tylko jakoś spotkanie cztery oczy odkladali wciąż, chyba ze strachu. W końcu nastąpił ten moment. Termin został ustalony. Miejsce również. Żyli tym spotkaniem długie tygodnie.
Każde z nich bało się rozczarowania, tego że po prostu nie wyjdzie, że nie spodobają się tej drugiej osobie, że znowu będą cierpieć.
Już na stacji kolejowej nastąpił pierwszy pocałunek. Nie było rozczarowania bo wielkie oczarowanie.
Ona bała się dłużej. Dłużej też była niepewna. Nie wiedziała czego chce, nie potrafiła się jeszcze zaangażować. On wiedział od razu. Chciał Jej, chciał kochać Ją i Jej syna. Nie widział innej możliwości niż to że są i będą razem.
Jego pewność pokonała Jej strach. Jego miłość pozwoliła jej nareszcie poczuć się bezpiecznie. Jej syn został Ich synem. Nie wiadomo kiedy zaczął mówić do Niego tato.

Pomimo trudności -razem łatwiej.

Później wszystko potoczyło się bardzo szybko. Oświadczył się,  Ona przyjęła Go. Zamieszkali razem w wielkim mieście. Chwilę później spełniło się Jego największe marzenie. Ona była w ciąży. Mimo wielu przeciwności losu, braku pracy, własnego mieszkania, pieniędzy byli szczęśliwi bo mieli siebie. On nosił Ją na rękach, kupował kwiaty bez okazji, bez przerwy powtarzał jak bardzo Ją kocha.  Ona kochała Go jakoś tak dojrzałej, inaczej…tak że On przesłaniał jej cały świat. Urodziła Mu  córeczkę. Śliczną, wyczekaną, ukochaną córeczkę. Był najszczęśliwszym facetem na ziemi. Miał pełną rodzinę, kobietę swojego życia, syna i córkę.

motyl

Wzięli ślub.

Bardziej dla rodziny bo naciskała. Przy okazji ochrzcili również córkę. Miała wtedy już 9 miesięcy. Cieszyli się, że teraz będą już zawsze razem. On bardzo często musiał powtarzać, że nigdy Jej nie zostawi. Ciągle miała w sobie lęk powtórki z poprzedniego małżeństwa. Uwierzyła mu dopiero wtedy, gdy ich córka przekroczyła pierwszy rok życia. Wiedziała jak bardzo On ją kocha,  jak bardzo ważni są dla Niego wszyscy troje.
Nie zawsze było różowo. Kłócili się. Brak czasu i pieniędzy bywał powodem kilku poważniejszych awantur. Ale byli dla siebie dobrzy, wszystko robili z myślą o dzieciach. Czasami zostawiali dzieci pod opieką dziadków i jechali na 3 dni do swojego magicznego Krakowa. Pobyć tylko we dwoje. Odpocząć. Nacieszyć się sobą.
On ciągle szukał pracy. Dostawał ją zazwyczaj na zastępstwo i tylko to spędzało mu sen z powiek. Pod koniec wakacji udało się. Dostał pracę taką, jaką najbardziej lubił. W szkole, z dziećmi, nie na zastępstwo, z możliwością rozwoju.

……

Tylko pojawił się problem. Badań lekarskich nie chcieli mu podbić. Jakiś problem z krwią. Ostatecznie udało się. Zrobił się słabszy, szybciej się męczył, tłumaczył sobie to brakiem kondycji. W końcu tak długo siedział w domu.
Po trzech miesiącach uwierzył, że coś jednak jest nie tak. Pojawiły się pierwsze diagnozy. Przerażające słowa na wyniku tomografii. Chłoniak.
Poszli na bal sylwestrowy. Pierwszy na jaki było ich stać. I dzieci były na tyle duże, że mogli je zostawić z babcią. Ona starała się cieszyć tym wyjściem, kreacją, fryzjerem. To był Jej pierwszy taki bal od studniówki. Widziała, że On robi to dla Niej. Uśmiecha się, chociaż jest zbyt słaby i obolały aby dobrze się bawić. O północy mają jedno wspólne marzenie. Niech ten koszmar się skończy.Niech będzie już dobrze.

Ale koszmar dopiero się zaczął.

Choroba niszczyła Jego organizm w zastraszającym tempie. Ona była przerażona i zła na Niego że nie walczy. Że się poddał. Przecież obiecał, że nigdy jej nie zostawi.
Z pierwszej zapaści wyciągnęli Go lekarze w ostatniej chwili. Ale sytuacja była coraz gorsza. Ona biegała po lekarzach szukając ratunku. Kupowała cudowne leki na raka. Podawała zastrzyki i kroplówki. Załatwiała transporty karetką na kolejne badania i konsultacje. Uśmiechała się do Niego i dzieci. W nocy płakała ze strachu i zmęczenia. Musiała pracować, ogarnąć dzieci i walczyć o Niego.
To trwało 4 miesiące. On z wielkiego, silnego mężczyzny stał się wrakiem, zależnym od Niej. Na oczach dzieci, przestał chodzić, jeść, rozpoznawać bliskich. Miał podłączone do nerek rurki. Dzieci nie rozumiały co się dzieje. Ona przestała czuć. Nie musiała jeść ani spać, przestała nawet płakać. Tylko była.
On zmarł 2 dni przed ich 2 rocznicą ślubu. U rodziców… Ona dowiedziała się w pracy. Musiała powiedzieć dzieciom. Wtedy nie zrozumiały. Ona chyba też nie rozumiała. Cały czas miała nadzieję, że Jej miłość Go uleczy…. Obwiniała się, że zrobiła za mało. Przecież Jej obiecał….że Jej nigdy nie zostawi…. Coś w niej pękło, umarło razem z Nim.
Został tylko paraliżujący strach….i pęknięte serce….

biała róża