Jestem sentymentalną gęsią. No jestem, trzeba przyznać. Moja siła i twarda dupa to jedno a z drugie to moja wewnętrzna nastolatka, która marzy o spotkaniach rodzinnych przy wspólnym stole, kawie przy kominku i tym podobnych „bzdurach”. Nie mam kominka, nie mam rodziny i nie mam….. a nie, stół mam – do odrabiania lekcji dla Dziobaka i składania wyprasowanych ubrań.

Uświadomiłam sobie ostatnio, że chyba tylko w bardzo wczesnym dzieciństwie bywałam na spotkaniach rodzinnych, jakiś świętach, urodzinach. Mam tak małą rodzinę, że nawet na weselach w życiu byłam tylko trzech (poza moimi oczywiście).  Teraz mam rodzinę mocno patchworkową. Czasem trudno nawet wytłumaczyć kto jest kim dla mnie i jak to się stało, że jesteśmy rodziną. Bo jak człowiek jest sam, to kurczowo łapie się innych ludzi. Łatwiej mówić „to mój tata” niż mój ojczym, łatwiej powiedzieć, że to kuzynka niż siostra cioteczna mojego męża. Nawet nie chodzi o to, że szybciej – tylko jakoś tak mi brakuje tych powiązań rodzinnych. Dziobak też, w ostatnim czasie, na dzieci moich koleżanek i kolegów z NS mówi – to moi kuzyni. Wprawia tym w zdumienie postronne osoby – ale skoro do mojej koleżanki mówi -ciocia – to jej syn jest jego kuzynem – dla niego to proste. I bardzo ważne. Bo on też nie ma kuzynów, nie ma rodziny.

Byłam ostatnio na smutnej rodzinnej uroczystości, takiej jakich mi życie nie chce oszczędzić niestety. Miałam możliwość zaobserwowania jak duży, pozytywny wpływ na człowieka w traumatycznej sytuacji może mieć rodzina. Mówią, że z rodziną najlepiej na zdjęciu – i na pewno jest w tym coś.  Ja jednak mam porównanie jak to jest bez rodziny. Bez rodziców, rodzeństwa, cioć, wujków i kuzynów. Kiedy zostaje się samemu i samemu walczy o przetrwanie. Bez korzeni i punktów odniesienia. Sama wspominam tych, których nie ma. Rodzina, którą obserwowałam jest bardzo zżyta ze sobą. Potrafią godzinami opowiadać historie rodzinne, wspierają się. Jak wszędzie, jedni lubią się bardziej, inni mniej. Utrzymują kontakty bliższe i dalsze, mają swoje odwieczne wojenki i konflikty ale są razem. Czasami kosztuje ich to wiele nerwów ale chyba mogą na sobie polegać kiedy sypie się świat.

Nie wiem czy ktoś z nich to przeczyta, ale zafascynowali mnie tym swoim światem. Bo ja jestem sentymentalną gęsią, która nie ma rodziny i mieszka w blokowisku – więc nawet sąsiadów nie zna. Oderwana od mojego życia, jak patrzyłam na nich to poczułam zwyczajną zazdrość. Zazdrość o to, co dla nich czasem jest męczące – o to że mają siebie nawzajem, że mieszkają blisko siebie, że idąc z dziećmi na spacer – mogą się zatrzymać w kilku domach po drodze i pogadać o tym, że życie kopie w dupę.

Nie miałam i nie mam rodzeństwa, chyba teraz dotarło do mnie jak bardzo źle mi z tym w życiu. Oni zawsze mają kogoś bliskiego – nawet teraz gdy zostali bez rodziców – mają siebie, a ich dzieci mają wujków i ciocie do wyboru, do koloru. Blisko i daleko – ale są. Kłócą się i godzą, mówią sobie trudne rzeczy, wybaczają – kochają się chociaż czasami pewnie nie lubią. Myślę, że każdy powinien sobie uświadomić jak wiele ma – jeżeli ma rodzinę. Bardzo bym  chciała żeby Dziobaki w przyszłości były ze sobą blisko – żeby czuły się odpowiedzialne za siebie.

Zadzwońcie do mamy, taty czy siostry, zakopcie wojenne topory o jakieś sprawy sprzed stu lat, kochajcie się i bądźcie dla siebie wsparciem.