7 rano…dobrze ze ubrania naszykowane, rzeczy na basen dla Dziobaka też. Ja chodzę na rzęsach i usiłuje obudzić się między pokojem a łazienką. Nie widzieliśmy się wczoraj więc szybka wymiana zdań:
J – zdałeś z religii 7 grzechów głównych?
D- nie bo ksiądz pytał 10 przykazań
J- ……??????
D – no serio zapytaj księdza…
J – nie mam go na facebooku a w szkole się z nim nie widuje…..
D- …….?????
J – dobra nieważne trzeba się uczyć przykazań (i panika jak to było…)
Smerfetka nie może się naprzytulać do mnie i zdecydować którą gazetkę z kucykami pony zabrać do przedszkola. Ale pogania wszystkich bo dziś angielski ma w przedszkolu na ósmą. Z tego wszystkiego zapomniałybyśmy się uczesać. A w naszym przypadku to masakra.
Ufff Wyszliśmy.. dochodzę do siebie gdzieś w windzie i ogarniam sytuację.
Dzieci – sztuk dwie, plecaki – sztuk dwie, reklamówka z ciuchami na basen – jest, śniadaniówki… nie ma bo zepsułam obydwie…(idiotyczna historia) ale śniadania mają spakowane. Picie….kurde nie wzięłam kasy żeby Dziobak sobie coś kupił do picia. Na basen mu dałam, na podróżnika też (?? kazali to dałam), ale portfel został w domu.
Oczywiście przypomniał sobie po drodze.
D – mama kasę miałaś dać na picie
J – zapomniałam portfela, macie źródełko z wodą koło klasy
D – (już z fochem) ale kolegę bolał brzuch po tej wodzie
J – bo pewnie pił ją po zjedzeniu owoców….tobie to nie grozi (moje dzieci uważają że warzywa i owoce to zło w czystej postaci)
Dziobaka ogarnął już mega foch więc było po rozmowie.
Oczywiście wracając do domu znalazłam w kieszeni 3 złote które miałam pewnie na busa schowane….i tu dopadł mnie znowu dół, że matka ze mnie nieszczególna… Chyba trzeba napić się kawy.