Nie umiem się odnaleźć w tym całym grudniowym szaleństwie tego roku.

10 lat pracy w bidulu wypełniało moje grudnie po brzegi, do tego stopnia, że domowe przygotowania działy się już tak bardziej obok mnie, mimochodem i przy okazji.

Tam co roku już od listopada zaczynało się szaleństwo. Robienie stosów kartek świątecznych i stroików, dla sponsorów i przyjaciół placówki. Przygotowywanie ozdób do sypialni dzieci, nauka kolęd, przedstawienia jasełkowe, pieczenie pierników.

Sponsorzy i wolontariusze najchętniej przychodzą w grudniu.

Od początku grudnia zaczynały się imprezy mikołajkowe organizowane przez szkoły, firmy i różne instytucje. Dzieci czasem dwa razy dziennie brały w nich udział. Pisały lub rysowały kilka listów do Mikołaja. Dostawały tony słodyczy, piękne (czasem bardzo kosztowne) wymarzone zabawki czy ubrania. Po pierwszych dwóch tygodniach wszyscy reagowaliśmy już zniecierpliwieniem i znudzeniem na kolejne zaproszenia. Słodycze nie mieściły się już w magazynach i szafkach wychowawców, dzieci nie mogły już patrzeć na czekolady i mandarynki. U młodszych pojawiały się objawy alergii lub problemy żołądkowe.

Dom piękniał w oczach.

W tym czasie kucharki przygotowywały potrawy na wigilie pracowniczą oraz dla dzieci. Lepiły uszka i pierogi, piekły ciasta. Dom z dnia na dzień piękniał, wszędzie były bombki, gwiazdki i choinki. Ogród migał światełkami. Często odwiedzali nas goście, sponsorzy, były to miłe spotkania. Ludzie z zewnątrz byli często zaskoczeni jak pięknie wygląda nasz dom, że nasze dzieci tak naprawdę wszystko mają….no prawie wszystko.

W tym wszystkim był jeszcze jeden element, dary przynoszone przez zwykłych ludzi. Używane ubrania i zabawki, z których dzieci wyrosły. Wielu z nich robi to z dobrego serca, chęci pomocy, inni po prostu sprzątali w szafach. Tylko jak to się miało do wypasionych zabawek z reklam telewizyjnych. Dzieci z bidula nawet to nie chciały patrzeć, starsi z pogardą podchodzili do mniej bogatych paczek z nowymi rzeczami. Wybrzydzali, nie chcieli wychodzić na spotkania, albo szli by wziąć paczkę i uciec ukradkiem, głupio komentując.

W tym wszystkim my, wychowawcy, wielu z nas nie mogło sobie pozwolić nawet na 1/10 z tych prezentów, nasze dzieci mogły tylko pomarzyć o tak drogich zabawkach czy firmowych ubraniach. Czasem z przerażeniem patrzyłam jak siedmiolatek, który dostał w ciągu grudnia zabawki warte około 1000 złotych, niszczył je dla zabawy. W styczniu, gdy robiłyśmy porządki poświąteczne, wyrzucałyśmy stosy popsutych i połamanych, niekompletnych zabawek. Serce bolało.

24 grudnia – to najsmutniejszy dzień w roku.

Ale serce bolało też 24 grudnia, kiedy to całe szaleństwo się kończyło, bo przecież wszyscy zajęci swoimi świętami. Piekarnie pozwoziły nam już ciasta które się nie sprzedały. Rodzice, którym udało się załatwić zgody sądu zabrali część dzieci na święta do domów rodzinnych. Wtedy zostaje tam tylko wychowawca i garstka dzieci – tych które nie miały gdzie pójść. I wierzcie mi, często bywało tak, że ta prawdziwa kolacja wigilijna, trwa 15 minut.

Dzieci nie chcą siedzieć przy tym pięknym stole, uginającym się od jedzenia. One chciały  być w zimnych, biednych, często śmierdzących wódką, domach z rodzicami – bo to znają, bo to jest im bliskie. I jeżeli dostali od mamy zabawkę, ze sklepu „wszystko za dwa złote” to jest świętość i żadne Lego czy Barbie wtedy nie jest ważna. A w bidulu wychowawca musi kombinować, jak zachęcić do wspólnego spędzenia czasu przy wigilijnym stole, jak pomóc przetrwać ten trudny moment. Dzieci uciekają przed telewizor czy komputer, nie chcą składać życzeń, dzielić się opłatkiem, iść do kościoła.
Trudno się im dziwić, po tylu dniach szaleństwa, mnóstwa ludzi, prezentów nagle zostają sami. Wtedy, kiedy my zaczynamy świętować, dla nich jest już po świętach, zostają same. przejedzone, przesłodzone i zasypane prezentami z najwyższej półki.

Przez resztę roku nie ma nikogo.

A potem przez cały rok nie ma sponsorów ani imprez (czasami na Dzień Dziecka), słodycze z grudnia kończyły się w magazynach w okolicach sierpnia, zabawek nie było już w styczniu.
Jaki w tym sens i cel – chyba taki, żeby ci co mają mogli poczuć „magię tych świąt” i podzielić się z „biednymi dziećmi”. Nic w tym złego, ale może zamiast piętnastej imprezy w grudniu, zrobić jakąś bez okazji w kwietniu czy wrześniu.
Tak okiem wychowawcy wyglądają święta w bidulu. Mimo wszystko bardzo mi tego brakuje, tęsknie za tym domem, za dziećmi za ludźmi. Poza tym , jakoś muszę sama sobie teraz stworzyć ten świąteczny nastrój. Tylko jakoś tak trudno samemu….